„Po wykładzie” to cykl popularnonaukowych wywiadów z wykładowcami z Uniwersytetu Łódzkiego oraz rozmów z doktorantami, kołami naukowymi i studentami.
Pytamy o badania naukowe, aktualne wydarzenia na świecie oraz zjawiska socjologiczne i kulturowe.
Pokazujemy, że uniwersyteckie pasje potrafią zafascynować!

Twórcze czytanie, twórcze pisanie

natalia-lemann

Katedra Teorii Literatury

WF

Reporter: Marta Zdanowska
Zdjęcie: Maciej Andrzejewski

Zacznijmy od złych wieści. Jak pokazuje tegoroczny Raport Biblioteki Narodowej Polacy właściwie nie czytają. 4,7 mln z nas nie przeczytało w 2015 roku żadnego dłuższego tekstu, nie tylko książki, co jest najgorszym wynikiem od 1992 roku. 37 % Polaków przeczytało przynajmniej jedną książkę, podczas gdy w statystykach europejskich większość krajów przekracza 50%. Zdarzają się też takie ewenementy jak Czechy, gdzie jest to 80%. Nie mamy czasu czy nawyku czytania? I czy powinniśmy się już tym martwić?
Ursula K. Le Guin, "Lewa Ręka Ciemności"

Ursula K. Le Guin, „Lewa ręka ciemności”
Wydawnictwo Pruszyński i S-ka, 1995

Pytanie dlaczego tak się dzieje powinno, moim zdaniem, zostać zadane socjologowi literatury. Dla mnie jako literaturoznawcy ta statystyka jest porażająca, zwłaszcza jeśli pomyślimy, że 37% Polaków przeczytało tylko jedną książkę, ale nie desperowałabym aż tak bardzo. Nie jestem statystykiem, ale pozwolę sobie na żarty związane z tą szacowną dziedziną wiedzy: kiedy pan z psem wychodzą na spacer to obaj statystycznie mają trzy nogi… Od każdej statystyki są różnego rodzaju wyjątki. Dlaczego o tym mówię? Dlatego, że w tego typu statystykach nie są brane pod uwagę przypadki skrajne, czyli ludzie, którzy czytają bardzo dużo i kompletnie nie mieszczą się w skali. Wynika z tego, że z jednej strony taka statystyka, jak podejrzewam, jest jeszcze bardziej przerażająca, a z drugiej strony są takie grupy ludzi, którzy czytają książek bardzo dużo. Należałoby zadać pytanie, gdzie granica odcięcia statystycznego powinna być postawiona.

Przeczytajmy fantasy, ale z tej fantasy wyjdźmy do wielkich dzieł literatury światowej.

Jeśli jednak miałabym odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak się dzieje, to przyczyn tego przykrego stanu rzeczy upatrywałabym w generalnych zmianach kulturowych i społecznych, a poniekąd i psychologicznych. Widać to po studentach, ale także po ludziach z mojego pokolenia, a nawet starszych. Ludzie zaczynają mieć problem ze skupieniem uwagi, media elektroniczne i różnego rodzaju gadżety wymuszają na nas łatwość przemieszczania się pomiędzy komunikatami. Wysiłek jaki trzeba poświęcić skupieniu uwagi przez dłuższy czas, a to jest przecież niezbędne do lektury książki, jest zdaniem większości ludzi tak niewspółmierny do efektów, że po prostu go nie podejmują. Brak czasu jest oczywistym, choć zbyt prostym usprawiedliwieniem, ale Polacy byli zawsze bardzo zapracowanym narodem, a dawniej czytali zdecydowanie więcej. Obecnie jednak dużo większy wpływ na generalny trend nieczytania mają, moim zdaniem, głębsze zmiany kulturowe, tj. kryzys autorytetów czy przekonanie, że lektura to wyłącznie rozrywka, a czas przez nią odbierany jest ważniejszym rzeczom, rodzinie, pracy. Może coś by się zmieniło, gdyby uświadomić ludziom, że czytanie to inwestycja w rozwój osobisty, bardziej efektywna niż kolejny kurs zarządzania? Oczytany człowiek ma dużo większą wiedzę o świecie, o ludziach, a także wyższą inteligencję emocjonalną i umiejętności interpersonalne.

Uczy Pani w Katedrze Teorii Literatury od kilkunastu lat, jest też opiekunką Koła Naukowego Antropologów Literatury. Jak zmieniało się to, co czytali studenci przez te lata? Co czytają teraz, jaka literatura ich pociąga?
Ursula K. Le Guin czytająca Lawinie w Rakestraw Books (Danville, Kalifornia, dnia 23 czerwca 2008 r.) podczas spotkania z czytelnikami. Autorka „Lewej ręki ciemności

Ursula K. Le Guin czytająca Lawinie w Rakestraw Books (Danville, Kalifornia, dnia 23 czerwca 2008 r.) podczas spotkania z czytelnikami. Autorka „Lewej ręki ciemności”
Zdjęcie udostępnione na licencji CC BY-SA 3.0; autor: Gorthian

Rzeczywiście, widzę pewne zmiany. Wydaje mi się, że pokolenie, które w tej chwili do nas przychodzi, ma tendencję do czytania mniejszej ilości książek, a teksty wysoko artystyczne generalnie sprawiają im pewne problemy, ale od razu dodam, że od tej reguły jest bardzo dużo wyjątków. Studenci, którzy współcześnie przychodzą na studia literaturoznawcze najchętniej czytają literaturę popularną i fantasy. Są w zasadzie pokoleniem Harry’ego Pottera, pokoleniem ekranizacji „Władcy pierścieni” i nie będę z tego powodu wysuwać wniosków, które mogłaby fantastykę postawić w złym świetle, ponieważ sama zajmują się tą literaturą. Natomiast zmuszanie ich do czytania literatury modernistycznej czy postmodernistycznej spotyka się z pewnego rodzaju oporem, bo brak im potrzebnych do tego kompetencji i wiedzy kulturowej, której po prostu nie wynieśli ze szkoły. Jednak nawet studenci, którzy przychodzą na studia z tak ustawionymi preferencjami czytelniczymi są bardzo łatwi do odzyskania dla literatury wysokiej. Można z nimi pracować w odmienny sposób, to znaczy odwrócić proporcje. Przeczytajmy fantasy, ale z tej fantasy wyjdźmy do wielkich dzieł literatury światowej.

Literatura i szerzej sztuka od zawsze miały moc diagnozowania rzeczywistości i pokazywania problemów, ponieważ im nie da nałożyć się takich kajdan, jakie nakładane są na przykład mediom.

Pokazuję im, że w fantastyce są szeroko obecne wątki związane z mitami celtyckimi, z mitem arturiańskim i innymi mitologiami i kulturami świata i odsyłam ich od literatury popularnej do pogłębionej refleksji mitograficznej, antropologicznej i literackiej. Sięgamy wyżej, dalej, pogłębiamy lekturę. Pokazuję im, że fantasy nie powstałaby gdyby nie wielki kanon literatury światowej. Trafiającym do studentów przykładem jest oczywiście olbrzymia erudycja profesora filologii, literatury staroangielskiej z Oxfordu, która powołała do życia świat Śródziemia. Dzięki takiemu podejściu część moich studentów chętnie czyta „Eddę starszą”, zwaną poetycką czy „Kalevalę”. To, że studenci, choć nie tylko oni, czytają literaturę popularną, fantasy, kryminały to wystarczający powód, aby rozpocząć pracę u podstaw i wyciągnąć z tej literatury wszystko to, co pozwoli im zanurzyć się w świat spuścizny literatury światowej. To wszystko jest do zrobienia!

Czy istnieje jakiś rodzaj literatury zupełnie „niestrawny literacko” dla pokolenia dwudziestolatków?
Karl Ove Knausgård, "Moja walka"

Karl Ove Knausgård, „Moja walka”
Wydawnictwo Literackie 2015

Tak, kiedy prowadzę zajęcia z arcydzieł literatury światowej ze studentami twórczego pisania, zazwyczaj mają oni bardzo duży problem z przeczytaniem „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta, mimo że ja wymagam jedynie przeczytania pierwszego tomu, „W stronę Swanna”. Idzie to z wielkim trudem, podobnie jak lektura „Portretu artysty z czasów młodości” Jamesa Joyce`a, który jest tekstem dla nich kompletnie niestrawnym. Wielkim zaskoczeniem było dla mnie jednak to, że dzisiejsi studenci nie lubią czytać i analizować realizmu magicznego, co na szczęście trochę zmienia się po zajęciach. Na przykład „Sto lat samotności” Gabriela Garcii Marqueza początkowo kompletnie do młodych ludzi nie trafia. Teksty realizmu magicznego, które jeszcze 15 lat temu były nałogowo wręcz czytane, nie wspominając już o boomie popularności tego nurtu w latach 80., który wpłynął przecież znacznie na zmiany w literaturze polskiej, np. na literaturę małych ojczyzn czy wczesną twórczość Olgi Tokarczuk, już do nich nie trafiają.

(…) to, co dzieje się w literaturze polskiej jest o tyle ciekawe, że u nas nie do końca rozpoznaną i zdekonstruowaną epoką, która cały czas przewija się w dyskursie publicznym, jest romantyzm.

Być może zmienił się po prostu styl percepcji, brak już przyległości realizmu magicznego z dzisiejszym pojmowaniem świata? Ale trafiają za to takie teksty jak „Upadek” Alberta Camusa oraz literatura najnowsza. Udawało mi się jak dotąd – i mam nadzieję, że tak zostanie nadal – prowadzić bardzo udane zajęcia na podstawie powieści Eleanor Catton „Wszystko, co lśni”, a książka ma przecież ponad tysiąc stron!

Raz w miesiącu prowadzę również otwarte wykłady w klubie „Niebostan” i przychodzą tam ludzie o dużym przekroju wiekowym, którzy chcą czytać książki naprawdę elitarne, wysoko artystyczne. Przychodzą zarówno moi studenci, jak i ludzie starsi, wywodzący się z różnych środowisk i jest naprawdę świetnie. Również na spotkania autorskie, które co jakiś czas mam przyjemność prowadzić, przychodzi wielu ludzi. W zasadzie wszystkie wydarzenia literackie, a tych jest w Łodzi wcale niemało, przyciągają rzeszę zainteresowanych. Dlatego ja jednak nie podpiszę się pod totalną jeremiadą, dotyczącą stanu czytelnictwa, bo z mojego doświadczenia wynika, że ludzie czytają!

Wykłada Pani również na twórczym pisaniu, a mamy obecnie taki czas, kiedy niezwykle popularne stają się kierunki dotyczące pisania artystycznego i kursy kreatywnego pisania. Kursy te zresztą kończą sami pisarze, którzy potem decydują się uczyć pisania innych.

Takim przypadkiem jest zresztą Eleonor Catton, która była słuchaczką kursów creative writing, a potem sama weszła do pierwszej ligi pisarskiej, dostała nagrodę Bookera, bijąc tym samym dwa rekordy: najmłodsza osoba, która dostała Bookera, za najgrubszą książkę i jedna z nielicznych kobiet. Jej sukces najlepiej moim zdaniem pokazuje, że creative writing, twórcze pisanie to ścieżka warta zainteresowania.

Co więc stało się takiego, że kierunki twórczego pisania cieszą się dziś większą popularnością niż klasyczne kierunki filologiczne? Można powiedzieć, że dziś więcej ludzi pisze książki niż je czyta… W Instytucie Kultury Współczesnej istniała krótko specjalizacja kultura literacka, która została dość szybko zlikwidowana z braku chętnych, natomiast twórcze pisanie cieszy się dużym powodzeniem od momentu uruchomienia.

Rzeczywiście, istniały kierunki tj. kultura literacka i literaturoznawstwo międzykulturowe, ale niestety, niezbyt długo. Wydaje mi się, że ma to związek głównie z faktem, że literaturoznawstwo nie ma wagi kierunku praktycznego.

(…) większość zmian w literaturze – i jeśli chodzi o metodologię, i teksty literackie – powstaje na zasadzie reinterpretowania kanonu.

Twórcze pisanie daje pewne narzędzia i konkretne umiejętności dotyczące pisania, nie tylko artystycznego. Powiem żartobliwie, uśmiechając się w kierunku kolegów polonistów, że literaturoznawstwo wybierali głównie ci, którzy nie chcieli mieć nic wspólnego z językoznawstwem, gramatyką historyczną języka polskiego czy gramatyką opisową. Rozmowa o literaturze wydawała się czymś dużo przyjemniejszym. Natomiast twórcze pisanie wybierają ci, których interesuje literatura w wymiarze praktycznym. Wydaje im się, że wstrzelą się w istniejący obecnie trend pisania. To, że dziś więcej ludzi pisze książki, niż je czyta, to oczywiście żart, ale rzeczywiście żyjemy w czasach kultury partycypacji. Kultura Web 2.0, czy jak mówią niektórzy już 3.0, opiera się na komentarzach, blogach, powszechnej partycypacji w kulturze, a nawet transgresji, przekraczaniu granic ludzkiego działania społecznego i kulturowego. To właśnie tego typu teksty (blogi, vlogi, komentarze, tweety, wpisy na Facebooku) są czytane i spotykają się z szerokim odzewem. Mniej więcej od dwóch dekad podkreśla się rosnącą rolę doświadczenia i indywidualności, odchodzimy od wielkich narracji historycznych, głosu autorytetów, dawno temu poszliśmy w kierunku mikrohistorii, ułamkowości, jednostkowości, teraz duży nacisk jest położony na pamięć, personalizację, indywidualizację.

Karl Ove Knausgård, autor „Mojej walki”

Karl Ove Knausgård, autor „Mojej walki”
Zdjęcie udostępnione na licencji CC BY-SA 3.0; autor: Soppakanuuna

Kiedy popatrzymy na historię kultury obserwujemy w niej pewne powtarzające się trendy. Co pewien czas następuje nastawienie na silne podkreślenie indywidualności, partykularyzmu, jednostkowości, które konkurują bądź wypierają globalizację czy uniwersalizm i kanoniczność. Teraz żyjemy w czasie, kiedy bardzo mocno stawiamy na indywidualność i wyjątkowość każdej jednostki, dajemy jej silną wiarę w to, że jej historia, choćby niezbyt porywająca, jest ważna i warta zapisania oraz wysłuchania. Co więcej, statystyki oglądalności pokazują, że ludzie uwielbiają wszelkiego rodzaju show doświadczeniowe, takie, w których ludzie mówią o sobie. Po przełożeniu na literaturę, zjawisko to ułatwia i warunkuje typ imersji, zanurzenia się. Czytelnik czy widz nie jest wrzucony w świat mu obcy, ale w oglądanym show czy czytanym tekście czuje się jak u siebie w domu, jest wzięty za rękę i wygodnie poprowadzony w znany mu już wstępnie świat. Zrozumienie tekstu jest dzięki temu bardzo ułatwione. Z drugiej jednak strony, część ludzi uciekając od tego typu immersji wybiera inny jej rodzaj, poniekąd eskapistyczny, uciekają oni w obręb wtórnych, nieistniejących realnie, choć dla niektórych bardziej realnych i atrakcyjnych od rzeczywistego świata, światów fantastyki.

Jak wyglądają zajęcia na twórczym pisaniu?

Ja prowadzę przede wszystkim zajęcia literaturoznawcze, np. arcydzieła literatury światowej. Zaczynamy już na I roku od aktywnego czytania. Nie chodzi tylko o pogłębioną lekturę, choć jestem zwolenniczką close reading – czytania, w którym „wkręcamy się” interpretacyjnie w każdą frazę, w każdą scenę, bo każde zdan ie może być tropem do czegoś ważnego. Przede wszystkim uczę jednak aktywnego czytania i przepisywania tekstów.

Robimy np. takie ćwiczenia, w których bierzemy konkretną powieść, dajmy na to „Obcego” Alberta Camusa i inaczej ustawiamy perspektywę. Nie widzimy opowieści z punktu widzenia Meursaulta, ale na przykład z punktu widzenia jednego z Arabów, którzy byli świadkami zbrodni bez motywu dokonanej przez Meursaulta. Ćwiczę to z nimi od 5-6 lat i wydaje mi się, że nie jest to pomysł chybiony. Studenci bardzo chętnie to robią, bo literatura karmi się literaturą a twórcze pisanie zaczyna się od twórczego, rozszerzonego czytania.
Co ciekawe, Kamel Daoud napisał kilka lat temu „Sprawę Meursaulta”, książka zdobyła nagrodę Goncourtów, niedawno przełożono ją na język polski. Algierczyk ustawił fokalizację, perspektywę narracyjną właśnie z takiej strony. Cały nurt prze-pisywania literatury polega na ustawieniu perspektywy z innej strony, odejściu od traktowania tekstu literackiego jako czegoś absolutnie zamkniętego, głuchego na nasze głosy, pytania i odczytania. Czytelnik staje się aktywnym współtwórcą dzieła literackiego. My podchodzimy do tego postulatu w sposób praktyczny. Poza tym to bardzo interesujące, praktyczne ćwiczenie, pokazujące jak trudno jest napisać tekst przylegający do wielkiego dzieła literackiego. Należy przejąć język autora, zrozumieć to, w jaki sposób prowadzi postać, buduje akcję, jak myśli frazą.

Katarzyna Bonda (…) Pokazuje, że żołnierze wyklęci, których wynosimy na pomniki, doprowadzali do eksterminacji wiosek białoruskich, a jest to temat tabu.

Moje zajęcia kończę w ten sposób, że studenci muszą napisać opowiadanie, które ma związek z którymś z tekstów, które omawialiśmy i wpleść w nie alternatywne zakończenie, napisać tę opowieść z punktu widzenia innej postaci albo połączyć kilka tekstów. W pierwszym semestrze na każdych zajęciach staramy się wyciągnąć z omawianego tekstu tropy, nitki, które mogą nas poprowadzić do kolejnej narracji. Na początku studenci nie do końca to rozumieją, potem dochodzą jednak do wniosku, że to faktycznie jest bardzo trudne i interesujące. Tekst trzeba rozłożyć na części pierwsze, przeanalizować postaci i bardzo daleko posunąć konsekwencję przedmiotową. Dany tekst musi zostać naprawdę świetnie zrozumiany, przyswojony, aby nie dokonać nadinterpretacji, czegoś, co odbywałoby się wbrew tekstowi oryginalnemu, zafałszowując go, ale by w jakiś sposób go poszerzało i reinterpretowało, otwierało na nowo. Taką analizę zaczyna się czasem od jednego zdania. Pytam na przykład studentów czy w „Śmierci w Wenecji” Tomasza Manna siostry Tadzia były naprawdę takie brzydkie?
I stopniowo dochodzimy do wniosku, że nie, po prostu perspektywa ustawiona jest z punktu widzenia głównego bohatera, który jest homoseksualistą, więc one go nie interesują. I teraz można to opowiadanie napisać z ich punktu widzenia. Zajęcia warsztatowe, które prowadzą koledzy są związane między innymi z umiejętnością tworzenia małych form poetyckich czy dramatycznych.

To frapujące, bo w ciekawy sposób pokazuje jak można pracować nad warsztatem. Jak wygląda praca magisterska na twórczym pisaniu?

Jest również twórcza. Zarówno praca licencjacka, jak i magisterska składa się z dwóch części. Ja wychodzę ze swoimi studentami od części artystycznej, bo ona jest moim zdaniem najważniejsza. Przykładowo, studenci piszą oryginalne opowiadanie, które wykorzystuje na przykład wątki mitologii słowiańskiej, albo tekst, który reinterpretuje kanoniczne teksty kultury. Jedna z moich seminarzystek napisała właśnie opowiadanie, którego bohaterkami są matka i babcia Eriki Kohut, głównej bohaterki powieści „Pianistka” Elfriede Jelinek. Tym tekstem zadaje ona pytanie, dlaczego relacja matki i córki była tak toksyczna, być może coś tkwiło w poprzednich pokoleniach, wpisywało się w okres Cesarstwa Austro-Węgierskiego przed I wojną światową, kiedy zachodziły różne zmiany historyczne i obyczajowe? Jest to naprawdę bardzo interesujące. A część teoretyczna do tego tekstu będzie opowiadała o zaburzonych relacjach matki i córki w literaturze na wybranych przykładach.

(…) każde pokolenie, które na nowo opowiada stare mity i opowieści, pozycjonuje się w ten sposób zarówno w stosunku do przeszłości, jak i teraźniejszości, sprawdza, co się zmieniło, a to po to, żeby lepiej zrozumieć to, kim jest.

Dwa lata temu prowadziłam pracę studenta, który interesował się projektowaniem gier komputerowych i w tej chwili pracuje w zawodzie. Część artystyczna pracy była scenariuszem gry komputerowej ze wszystkimi opcjami wyboru, ta praca licencjacka miała 150 stron. Inna moja studentka napisała opowiadanie, które realizuje do pewnego stopnia konwencję paranormal romance. Nie jest to specjalnie nobliwy gatunek, ale udało mi się wypracować z nią bardzo głębokie wejście w mitologię hebrajską i mity starotestamentowe. Opowiadanie było świetne, a część teoretyczna pracy polegała na przeanalizowaniu postaci Lilith wraz z mitami hebrajskimi obecnymi w literaturze i kulturze popularnej. Ta studentka rozszerzyła to opowiadanie i opublikowała je jako powieść. W tej chwili pisze u mnie pracę magisterską, która znów realizuje gatunek paranormal romance, a jednocześnie jest II tomem trylogii, którą zaplanowała i która niedługo zostanie opublikowana. Jedna ze studentek, która tańczy w zespole tańca ludowego napisała fenomenalną pracę na temat dnia z życia tancerki. Dzień rozpisany został na najważniejsze tańce ludowe: mazurek, oberek, krakowiak i wszystkie napisane przez nią piosenki, opowiadające o kolejnych wydarzeniach z tego dnia (próba, kłótnie z zespołem i choreografem, przedstawienie, tzw. afterparty) zostały wkomponowane w rytmikę tekstu. Opowiedziała koherentną i fascynującą historię, pełną pasji, emocji, wykorzystując m.in. język młodzieżowy i socjolekt tancerzy i to przy pomocy tak trudnego materiału jak polskie tańce ludowe.

Właściwie twórcze pisanie można nazwać studiami artystycznymi?

Tak, są to na poły studia artystyczne. Nie istnieją jednak moim zdaniem bez silnej podbudowy teoretycznej, literaturo- i kulturoznawczej. Powtórzę, twórcze pisanie zaczyna się od twórczego czytania i świadomego uczestnictwa w kulturze a także jej głębokiego zrozumienia, a to dają studia uniwersyteckie, kulturoznawcze.

Skoro, wspomniała Pani już o zmianie punktu widzenia w tekście to obecnie mamy w literaturze polskiej do czynienia z bardzo silnym rozwojem nurtu przepisywania historii z różnych perspektyw. Możemy wymieniać książki, które ukazały się ostatnio na polskim rynku – od literatury z wysokiej półki, czyli „Ksiąg Jakubowych” Olgi Tokarczuk czy „Matki Makryny” Jacka Dehnela po nurt wplatający w historię fantastykę, jak Łukasz Orbitowski w „Widmach” czy popkulturową wersję powieści historycznych Cherezińskiej. Skąd się bierze tak ogromne zainteresowanie tym typem literatury? Polacy szukają pomysłu na napisanie własnej historii jeszcze raz, bo męczymy się z kanonicznym Sienkiewiczem i czas najwyższy, żeby coś z tym zrobić?
Olga Tokarczuk, "Księgi Jakubowe"

Olga Tokarczuk, „Księgi Jakubowe”
Wydawnictwo Literackie, 2014

Wydaje mi się, że niezależnie od tego, czy będziemy przepisywać kanon literatury czy wracać do przeszłości, jako pewnego minionego okresu dziejów, który do końca tak w istocie nie jest nigdy zamknięty, to każde pokolenie, które na nowo opowiada stare mity i opowieści, pozycjonuje się w ten sposób zarówno w stosunku do przeszłości, jak i teraźniejszości, sprawdza, co się zmieniło, a to po to, żeby lepiej zrozumieć to, kim jest. Tak naprawdę tekst oryginalny staje się pretekstem (sic!, w literaturoznawstwie tekst kanoniczny, który opowiadamy na nowo, zwie się pre-tekstem: N. L.), barometrem pokazującym, co w literaturze i kulturze uległo zmianie i w jaki sposób. Nie dotyczy to jedynie kultury polskiej, proszę zwrócić uwagę na to, że obchodzimy właśnie 400. rocznicę śmierci Szekspira i Cervantesa – zapominamy o tym, że zmarli w tym samym dniu, choć zaistniało drobne przesunięcie wynikające z różnicy w kalendarzu gregoriańskim i juliańskim. W każdym razie, to Szekspir przykuwa uwagę wszystkich i dla niego została zainicjowana seria „Szekspir współczesny”. To konglomerat rozmaitych gatunków i autorów, Jeanette Winterson swą „Przepaścią czasu” nawiązuje do „Zimowej opowieści”, a za chwilę Jo Nesbø, skandynawski pisarz i autor kryminałów, napisze tekst w oparciu o „Makbeta”.

Można by uznać, że „przepisywanie”, bazowanie na znanych historiach jest łatwiejsze, ale moim zdaniem wcale tak nie jest. W kanonie najpierw trzeba się odnaleźć, a potem go przekształcić. Proszę zobaczyć, że większość zmian w literaturze – i jeśli chodzi o metodologię, i teksty literackie – powstaje na zasadzie reinterpretowania kanonu. Tak powstała choćby literatura postkolonialna, którą się zajmuję. Lektura kontrapunktowa Edwarda Saida to rebelianckie, wywrotowe przeczytanie tekstu kanonicznego, zmierzające do odnalezienia w nim głosu opresjonowanego Innego. Tak dzieje się np. z „Burzą” Szekspirowską, która uchodzi za jeden z najważniejszych tekstów kultury Zachodu. Kluczowa jest tam postać Kalibana, który jest niewolnikiem białego maga, Prospera, zaś duch Ariel, który też jest na służbie u Prospera, zgodnie z postcolonial studies może być interpretowany jako członek tzw. klasy komprador, czyli subaltern, skolonizowany wybierający z oportunistycznych pobudek współpracę z kolonizatorem. Transpozycji Szekspirowskiej „Burzy” lata temu dokonał Aimè Césaire, jeden z czołowych ideologów ruchu Négritude. Napisał on sztukę „Une Tempête”, przenosząc akcję na przełom XVIII/XIX wieku na Saint-Domingue, w czasy rewolty niewolniczej, która jak wiadomo doprowadziła do powstania Haiti, pierwszego w historii wolnego państwa, zamieszkałego przez byłych niewolników.

Jakub Frank – żydowski mistyk, bohater „Ksiąg Jakubowych”

Jakub Frank – żydowski mistyk, bohater „Ksiąg Jakubowych”
Zdjęcie udostępnione w domenie publiczne; autor nieznany

Edward Said mówił też o tekstach Jane Austen takich jak „Mansfield Park”. Na skutek jego lektury tej powieści oczywistym staje się, że wielka, sielankowa posiadłość, tak naprawdę funkcjonuje dzięki plantacji trzciny cukrowej, na której pracują niewolnicy. Teraz wystarczy postawić pytanie, jaki jest ich punkt widzenia, spytać za Gayatri Chakravorty Spivak, czy subaltern może mówić?

Jean Rhys, pisarka popularna w latach 60-tych, napisała „Szerokie Morze Sargassowe”, które jest opisem życia pierwszej lady Rochester z powieści Charlotte Brontë „Dziwne losy Jane Eyre”, która jak wiadomo została przez hrabiego Rochester uwięziona na strychu, jako szalona, przypominająca zwierzę kobieta, wywodząca się z kolonii. To są bardzo interesujące teksty, które zmieniają punkt widzenia i pozwalają odzyskać własny głos tym, którym kultura i historia skąpiły go przez wieki. Jednym z najważniejszych postkolonialnych pisarzy jest Salman Rushdie, autor słynnych obłożonych fatwą „Szatańskich wersetów”. Całym swym pisarstwem Rushdie prowadzi rebeliancki dialog z dawną metropolią, Anglią, „odpisując do Centrum z pragnieniem zemsty”, przypominając, że dawny skolonizowany zna kanon literatury brytyjskiej nie gorzej od jej rdzennych, białych mieszkańców. Kolonizacja była umożliwiona m. in. poprzez pozbawianie skolonizowanych ich kultury, podstawianie w jej miejsce kultury angielskiej, która jako kanoniczna była wpajana w szkołach. Rushdie zatem pisząc „Dzieci Północy” wykorzystuje strukturę i narrację „Tristrama Shandy” Laurence`a Sterne`a, tak by mówić przy pomocy kanonicznego brytyjskiego tekstu o odzyskaniu przez Indie niepodległości. Z kolei w „Śalimarze klaunie” opowiada o historii terroryzmu i uwiedzenia pięknej hinduski Bunji przez ambasadora Stanów Zjednoczonych Maximiliana Ophulsa. Ambasador staje się w tej narracji mitycznym demonem Rawanem, znanym z „Ramajany”, eposu staroindyjskiego – wymowa nazwiska Ophuls jest fonetycznie bliska słowu awful, ohydny – zaś Bunji wcieleniem Sity, żony boga Ramy, którym w powieści Rushdiego jest tytułowy bohater, Śalimar klaun. Wydaje mi się, że twórczość Salmana Rushdiego jak i cała literatura postkolonialna to znakomity przykład tego, że pisanie zaczyna się od czytania…

Natomiast to, co dzieje się w literaturze polskiej jest o tyle ciekawe, że u nas nie do końca rozpoznaną i zdekonstruowaną epoką, która cały czas przewija się w dyskursie publicznym, jest romantyzm. Zarówno Dehnel, jak i Tokarczuk w swych najnowszych dokonaniach literackich sięgnęli po okres poprzedzający moment powstania najważniejszych dzieł literatury romantyzmu – okresu dążenia do niepodległości i mesjanizmu – i pokazali źródła tej epoki i formacji kulturowej od bardzo niepokornej strony. Jeżeli uświadomimy sobie, że matka Mickiewicza była zwolenniczką Jakuba Franka, a i Matka Makryna miała bardzo duży wpływ na środowisko polskich romantyków, np. na Słowackiego – to nagle okazuje się, że polski romantyzm, czyli bazowa dla kultury polskiej epoka, jest wciąż do końca nierozpoznany i budowany na wielkiej fikcji − w wypadku Matki Makryny, lub na naukach bardzo ambiwalentnej postaci, jaką był Jakub Frank. To naprawdę bardzo intrygująca i odkrywcza perspektywa. W literaturze fantastycznej i historiach alternatywnych, którymi się zajmuję, romantyzm jest epoką, do której po prostu należy się odwołać: albo podejmując wątki mesjanistyczne wprost, albo całkowicie je dekonstruując.

Olka Tokarczuk, autorka „Ksiąg Jakubowych”

Olka Tokarczuk, autorka „Ksiąg Jakubowych”
Zdjęcie udostępnione na licencji GFDL; autor: Grzegorz Zygadło

Kongenialnie robi to np. Jacek Dukaj w wielkiej powieści „Lód”, świetnie prowadzi też ten wątek Łukasz Orbitowski w „Widmach”, kiedy zajmuje się w rebeliancki sposób postacią Krzysztofa Kamila Baczyńskiego oraz podejmuje się kwestii oceny Powstania Warszawskiego, czyli ostatniego z wielkich polskich powstań narodowych, ideologicznymi korzeniami tkwiącego w romantycznych, nieudanych zrywach niepodległościowych. Skoro mówiłam wcześniej o postkolonializmie, to również Słowackiego i Mickiewicza bada się z perspektywy postkolonialnej. Sienkiewicza w rebeliancki sposób przepisywał wcześniej chociażby Teodor Parnicki w powieści „I u możnych dziwny”.

Natomiast Sienkiewicz, którego ciągle hołubimy, za jego heroiczną i przytulną równocześnie historię XVII stulecia, z perspektywy XXI wieku, w dyskursie kresowym Ukraińców, Białorusinów, Kozaków jest opresyjny i kolonialny. Kwestie pogranicza polsko-ukraińsko-białoruskiego są dość specyficznie pokazywane w literaturze polskiej. Dla typowego Polaka ten rejon kojarzy się raczej z żołnierzami wyklętymi i kanonem mesjanistyczno-patriotycznym a nade wszystko z utraconą Arkadią, Kresami. Literatura popularna potrafi w subwersywny sposób pokazywać takie sprawy. Interesującą rzecz zrobiła Katarzyna Bonda w powieści kryminalnej „Okularnik”. Katarzyna Bonda wywodzi się z Hajnówki – nota bene one również prowadzi kursy kreatywnego pisania i napisała nawet podręcznik kreatywnego pisania – i nie boi się, mówiąc kolokwialnie, wsadzić kija w mrowisko. Pokazuje, że żołnierze wyklęci, których wynosimy na pomniki, doprowadzali do eksterminacji wiosek białoruskich, a jest to temat tabu.

Wróćmy na chwilę do współczesności. Czy nie jest przypadkiem tak, że w polskiej literaturze najnowszej i najmłodszej pojawiają się te wszystkie kwestie, które trudno znaleźć w kulturze popularnej, np. w telewizji czy w mediach? Chodzi o kwestię prekariatu, problemów kobiet, emigracji i imigracji. Czy to nie ona pokazuje, gdzie naprawdę leżą problemy Polaków?

Literatura i szerzej sztuka od zawsze miały moc diagnozowania rzeczywistości i pokazywania problemów, ponieważ im nie da nałożyć się takich kajdan, jakie nakładane są na przykład mediom. Zwłaszcza literatura polska prawie zawsze pełniła funkcje naddane – nie tylko artystyczne, ale miała też moc kształtowania wyobrażeń i mitów społecznych, budowania postaw patriotycznych i przekazywania tradycji i treści kulturowych. Współczesna literatura odbrązawia pewne kwestie i podejmuje te tematy, które nie są poruszane w mediach.

Twórcze pisanie daje pewne narzędzia i konkretne umiejętności dotyczące pisania, nie tylko artystycznego.

Powiem coś bardzo niepokornego z punktu widzenia literaturoznawstwa, ale mnie bardzo cieszy, że np. kwestię opresji kobiet, aborcji, przemocy w rodzinie podejmuje również literatura popularna, która ma szersze oddziaływanie społeczne. Głównie w literaturze skandynawskiej funkcjonuje model literatury popularnej społecznie zaangażowanej, w którym przykładowo powieści kryminalne obnażają niesprawiedliwości i bolączki społeczne, sprawiają że czytelnicy zaczynają postrzegać świat inaczej niż kreują to oficjalne media, np. telewizja czy prasa. Podobne zjawisko występuje też w literaturze fantastycznej, która również komentuje rzeczywistość. Nawet jeśli tekst wydaje się oderwany od realiów, to wiedza i kultura zawsze odwołują się do świata zastanego i wpływają na tekst.

Sztandarowym przykładem może być tutaj twórczość Ursuli K. Le Guin, jednej z najważniejszych pisarek fantastycznych, która pisywała zarówno tzw. hard science fiction, jak i powieści fantasy. Jeszcze zanim powstała fantastyka stricte kobieca – którą swoją drogą do tej pory nie wyodrębniła się w Polsce jako licząca się odmiana literatury – Le Guin podejmowała kwestie związane z płciowością. Jej słynna powieść „Lewa ręka ciemności” pokazuje społeczeństwo obojnacze, pyta czy można istnieć poza kategorią płci męskiej i żeńskiej. W powieści tej, dzięki ustawieniu perspektywy, okazuje się, że to my – ludzie – jesteśmy kimś dziwnym. Poprzez naczelny literacki chwyt tzw. udziwnienia, Le Guin sprawia, że patrzymy na gatunek homo sapiens jak na kogoś obcego, zadziwiającego w swych zachowaniach. A to jest pierwszy krok do podważenia systemu tzw. przemocy symbolicznej, miękkiej przemocy (P. Bourdieu), polegającej na uznawaniu za oczywiste i naturalne pewnych korzystnych dla warstw sprawujących władzę zachowań kulturowych. Kiedy pojmiemy, że gros spośród elementów kulturowych funkcjonuje na takiej właśnie zasadzie (np. kwestia podziału ról płciowych i idących w ślad za tym modeli życia, powinności i zakazów) będziemy gotowi, by wybierać świadomie, nawet kosztem pewnej subwersji względem społeczeństwa i jego zasad. Ta powieść zyskuje zupełnie inny odbiór w momencie, kiedy uświadomimy sobie, że Ursula K. Le Guin była córką Alfreda Kroebera, znanego profesora antropologii i dzieciństwo spędziła wśród Indian amerykańskich. Przyszła pisarka miała wielu „wujków” indiańskich – napisała o tym zresztą kilka tekstów – i większość tych elementów jej powieści, które wydają nam się fantastyczne i niemające odbicia w rzeczywistości (alternatywne płcie chociażby) są transpozycją funkcjonującej z w kulturach Indian amerykańskich zasady płynności płciowej.

Oskar Wilde mawiał, że krytyka jest sztuką pochwały, więc na koniec naszej rozmowy chciałabym zapytać o trzy książki olśnienia. Mówi się, że trudno o takich sprawach rozmawiać z teoretykami literatury, ponieważ wiedzą świetnie jak tekst jest zrobiony formalnie i jak go analizować, a kategoria zachwytu nie bardzo mieści się wśród narzędzi naukowych. Co wzbudziło u Pani w ostatnich kilku latach oczarowanie, zachwyt, zadziwienie?
Jacek Dukaj, "Lód"

Jacek Dukaj, „Lód”
Wydawnictwo Literackie

To bardzo trudne pytanie! Jedno z największych oczarowań ostatnich kilku lat to „Wszystko, co lśni” Eleanor Catton. Przede wszystkim za strukturę tej powieści. Od pewnego czasu mogę doznawać olśnień, jeśli chodzi o fabułę, natomiast struktura powieści jest zazwyczaj „grzeczna”, klasyczna. Natomiast Eleanor Catton napisała powieść niesamowicie złożoną strukturalnie i nie można jej zrozumieć – proszę to potraktować dosłownie – bez znajomości astrologii. Powieść opowiadająca o szalejącej w Nowej Zelandii w XIX w. gorączce złota idealnie aplikuje zasadę złotego podziału: pierwsza część powieści jest najdłuższa, ma blisko 400 stron, każda kolejna jest o połowę krótsza. Dlaczego? Dlatego, że ta struktura ma odpowiadać cyklowi księżyca. Catton opisuje rok 1866, kiedy to wystąpiło niezwykle rzadkie zjawisko astronomiczne. Miesiąc synodyczny, bo o nim mowa, to wydłużony o dwa dni w stosunku do normalnego (syderycznego) pełen cykl księżyca. Jeśli zjawisko to będzie miało miejsce w lutym, najkrótszym miesiącu w roku, to uzyskamy sytuację, w której podczas miesiąca kalendarzowego nie będzie pełni! Powieść rozpoczyna się od pełni 27 stycznia 1866 roku, potem zaś zgodnie z cyklami faz księżyca kończy się luty i księżyc nie osiąga ponownie pełni. Catton powiada, że jej powieść odpowiada charakterystyce ery Ryb, czyli „epoce luster, nieustępliwości, instynktu, podwojenia i rzeczy ukrytych”. Wyjaśniam, że żyjemy w epoce Ryb, bo beztroska epoka Wodnika ustąpiła już pola bliźniaczym, płynnym i intuicyjnym Rybom. Również struktura powieści ściśle podporządkowana jest miesiącowi synodycznego, astrologii, złotemu podziałowi i odwróconemu ciągowi Fibonacciego. Ale to dopiero początek.
Bohaterami powieści jest osiemnastu mężczyzn i dwie kobiety, którzy mają swoje odbicie w znakach Zodiaku i planetach (12 znaków zodiaku i 8 planet). Nie zrozumiemy fabuły tej powieści i relacji między bohaterami, jeśli nie będziemy wiedzieli, która z postaci jest którym znakiem Zodiaku i którą planetą.

Jacek Dukaj, autor „Lodu”

Jacek Dukaj, autor „Lodu”
Zdjęcie udostępnione na licencji CC BY-SA 4.0-3.0-2.5-2.0-1.0; autor: Anna Zemanek

Każdy rozdział poprzedza koło astralne, w którym można, czy wręcz należy sprawdzić pozycję danej postaci na firmamencie i to w obrębie jakich wpływów astralnych się ona znajduje. To ma kluczowe znaczenie dla zrozumienia przebiegu fabuły. Bo u Catton znajdziemy wprawdzie XIX-wieczny rodzaj narracji i psychologii, ale postacie charakteryzują się jedynie w działaniu. Wobec czego relacje i działania bohaterów odnoszą się do relacji między znakami, poddanymi dodatkowo wpływowi planet. Historia miłości dwójki głównych bohaterów, Emery`ego i Anny staje się fascynująca, gdy uświadomimy sobie, że reprezentują oni Słońce i Księżyc, które bezustannie i beznadziejnie do siebie dążą, spotykając się tylko na krótki moment. Złoto to pierwiastek solarny, tradycyjnie przypisywany w mitach mężczyźnie, a Księżyc odpowiada srebru, pierwiastkowi kobiecemu. Kiedyś ludzie wyobrażali sobie jednak budowę kosmosu inaczej (odwołuję się do czasów przed przewrotem kopernikańskim i heliocentryzmem) – i z tego punktu widzenia relacje i pozycja Słońca i Księżyca wobec Ziemi ulegają odwróceniu. Powieść Eleanor Catton zrobiła na mnie niesamowite wrażenie właśnie z powodu skomplikowanej struktury, która jednak nie przytłacza, tylko mnoży tropy interpretacyjne.

Michel Faber, "Szkarłatny płatek i biały"

Michel Faber, „Szkarłatny płatek i biały”
Wydawnictwo WAB, 2006

Drugą taką książką jest „Szkarłatny płatek i biały” Michaela Fabera. Generalnie bardzo lubię nurt powieści neowiktoriańskich, ponieważ pozwalają one „odkłamać” tę niezwykle istotną dla współczesnej kultury epokę. Faber obnaża szokującą wiktoriańską obłudę, opisując Londyn jako pełen brudu, domów uciech i niewolniczej pracy dzieci. Metropolia gigantycznego imperium kolonialnego jest zarazem miejscem wysokiej kultury i wyrafinowania, jak i zawszawionym lupanarem. Wszystko zgodnie z reportażem wiktoriańskiego dziennikarza Henry`ego Mayhew „London Labour and London Poor” z 1840 roku. Takiego wizerunku Londynu jednak w ówczesnych powieściach nie znajdziemy, a przynajmniej nie był on opisany w aż tak szokujący sposób. Bardziej dosłowną krytykę ukrywano pod płaszczykiem wiktoriańskiej cnoty respectability, trudnej do pojęcia mieszaniny moralności i hipokryzji, polegającej na ukrywaniu wiedzy o ułomnościach społecznych w celu podtrzymywaniu fasadowości idealnego systemu, nie drażnienia czytelników nieprzyjemnymi obrazami i prawdami. Jeśli miałabym szukać odpowiednika w kulturze polskiej, to przychodzi mi na myśl jedynie osławiona moralność pani Dulskiej. Po prostu nie można było pisać tak, jak czyni to dziś Faber czy John Fowles w „Kochanicy Francuza”. Prostytutka, wielka Inna, wyparta postać literatury wiktoriańskiej, staje się tutaj fascynującą młodą kobietą, erudytką o niebywałej ambicji. Sugar nie lęka się oszukiwać społeczeństwo, jeśli to ma pomóc jej w emancypacji. Czytelnik przywiązany do Sugar zachłannie wręcz kibicuje jej działaniom, przy okazji wpadając w zastawione przez Fabera sidła… W klasycznej powieści wiktoriańskiej, po pierwsze nie do pomyślenia było pozostawienia losów postaci niedomkniętych, nie mówiąc o wpisanych w tekst kilku alternatywnych zakończeniach, a przede wszystkim prostytutka raczej nie mogła spodziewać się aż tak korzystnego obrotu spraw, jak w „Szkarłatnym płatku i biały”… Faber sugerując, iż pisze „prawdziwą” powieść wiktoriańską, korzystając z zawartego z czytelnikiem paktu, łamie jego zasady, pisząc powieść, która pod wieloma względami znacząco wyłamuje się ze schematu owej powieści wiktoriańskiej. Dzięki tej powieści po raz kolejny pozycjonujemy się wobec kanonu, albowiem potężnie pobrzmiewają tutaj echa Dickensa czy Thomasa Hardy`ego, choć postać Sugar daleko odbiega do „strychu pobielonego” jak eufemistycznie autor „Davida Copperfielda” zwał kobiety upadłe, nie poświęcając im w swych tekstach zbyt wiele miejsce i czasu, nie mogąc naprawdę pochylić się nad ich losem. Owszem, w powieściach wiktoriańskich i świadomości epoki prostytutki istniały, ale nie były godne tego, by znaleźć się na kartach wielkiej powieści.

Generalnie bardzo lubię nurt powieści neowiktoriańskich, ponieważ pozwalają one „odkłamać” tę niezwykle istotną dla współczesnej kultury epokę.

A na trzecim miejscu – na tym samym poziomie wymienię „Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk i „Lód” Jacka Dukaja, choć wiem że jest to zestawienie szokujące. „Księgi Jakubowe” wymieniam dla niesamowitej skrupulatności, narracyjnej odwagi śledzenia iście wschodniego kobierca przemian religijnych i światopoglądowych głównego bohatera, a przy tym uświadomienia ludziom w nienachalny sposób, że religia nie jest czymś, co determinuje nasz sposób funkcjonowania w świecie. Między religiami można się płynnie przemieszczać zachowując jednak jądro swojej tożsamości. „Księgi Jakubowe” są też ważne ze względu na odkrywczą narrację – chodzi przede wszystkim o postać Jenty. Nie wiadomo bowiem czy Jenta żyje, czy też nie, może jest duchem zawieszonym we wszechświecie, wcieleniem Szechiny, boskiej mądrości, na którą w tej misternej powieści składają się też inne postaci kobiece.

Eleanor Catton, "Wszystko, co lśni"

Eleanor Catton, „Wszystko, co lśni”
Wydawnictwo Literackie, 2014

Natomiast „Lód” Jacka Dukaja, powieść z gatunku historii alternatywnych, cenię głównie ze względu na to, jak konsekwentnie pisarz ten podchodzi do kwestii języka w swoich powieściach. Główny bohater „Lodu”, Benedykt Gierosławski, jedzie szukać na Syberię ojca, który ma moc rozmawiania z aniołami mrozu, Lutymi. Wsiada do Ekspresu Transsyberyjskiego, gdzie przez ponad 300 stron toczą się jego przygody w pociągu, poznaje tam m. in. Nikolę Teslę. Najistotniejsze jest jednak to, jakim Dukaj posługuje się językiem. Nie mówi: „myślałem, zrobiłem, widziałem”, tylko „się myślało, się zrobiło, się widziało”. Bohater wsiadając do pociągu porzuca dotychczasową tożsamość. W pociągu znajduje się w fazie liminalnej, ma się zrekonstruować na nowo dopiero na Syberii, po spotkaniu z ojcem i Lutymi. To bardzo interesujące rozwinięcie tego, o czym mówił Michel Foucault opisując heterotopię. Pociąg czy statek to miejsce bez miejsca, miejsce zawieszenia, pozbawione właściwości, wywłaszczające człowieka z jego tożsamości, biorące ją niejako w nawias. Przykładowo w powieści science-fiction, w „Perfekcyjnej niedoskonałości”, kiedy Dukaj opisuje istoty pozbawione jakiejkolwiek płciowości, tzw. Phoebe (Post-Human Being), które nie mają materii, są bowiem przepisane na plateau, a właściwie na system informatyczny. Te istoty posługują się zawsze rodzajem obojętnym  „myślału, robiłu, śmiału się”. Jacek Dukaj udowadnia, że język kluczowym elementem budowy powieści. Fabuła, postaci, relacje między nimi, struktura, to wszystko powinno znaleźć swoje odzwierciedlenie w języku, niejako wymyśleniu go na nowo, dla potrzeb konkretnego utworu.

Na koniec muszę wspomnieć o fenomenalnej powieści autobiograficznej „Moja walka” Karla Ovego Knausgårda. To jest absolutny fenomen czytelniczy ostatnich lat, który można wytłumaczyć właśnie poprzez obserwowane obecnie w kulturze przesunięcie w kierunku doświadczeniowości, przyległości przestrzeni poznawczej czytelnika i autora, przyzwolenia na szeroko rozumiany voyeuryzm czy nawet pornografię śmierci. Knausgård opisując swe w zasadzie nieobfitujące w spektakularne wydarzenia życie pisarza w średnim wieku, doskonale diagnozuje stan naszej kultury. Przy okazji pisarz ten odzyskuje dla literatury cały diapazon skrajnych stanów emocjonalnych, dekonstruując przy okazji tradycyjne pojęcie męskości. Kiedy opowiadałam o tej powieści w „Niebostanie” zatytułowałam swój wykład „O mężczyźnie, który płakał”… Taki właśnie jest powieściowy Karl Ove, emocjonalny, rozchwiany, empatyczny, wzbudzający nieprzebrane pokłady współodczuwania bardziej niż współczucia.

37% Polaków przeczytało tylko jedną książkę, ale nie desperowałabym aż tak bardzo.

A jako pisarz Karl Ove Knausgård jest piekielnie skrupulatny, bo żadna łza, czy gest zaciśniętych pięści nie są tam przypadkowe, wszystko jest wykalkulowane, zaplanowane. Knausgård powiedział, że w literaturze wszystko musi ugiąć się przez formą, strukturą i taka właśnie jest „Moja walka”. Jej struktura jest tak doskonała, że sprawia, że można jej nie dostrzegać. Paradoksem jest fakt, że młodzi ludzie, choć nie tylko, chętnie czytają „Moją walkę”, zaś po „W poszukiwaniu straconego” czasu już nie sięgają. Tymczasem dzieło Prousta i Knausgårda bardzo wiele, choć w nieoczywisty sposób, łączy. W zasadzie, ryzykując uproszczenie, bo nie ma tutaj miejsca na bardziej szczegółowe wywody, powiedzieć można, że Knausgård opisał swoje własne, współczesne poszukiwania straconego czasu. Jeśli zaś te opasłe powieści autobiograficzne są tak chętnie czytane, to może jednak z naszą kulturą i czytelnictwem nie jest aż tak źle? Każde pokolenie ma swe własne lektury i sposób postrzegania świata i należy do zrozumieć.

Wywiad został nagrany 22 marca 2016 roku.

Następny Post

Poprzedni Post

© 2017 Po Wykładzie

Uniwersytet Łódzki

„Po wykładzie” to cykl popularnonaukowych wywiadów z wykładowcami z Uniwersytetu Łódzkiego oraz rozmów z doktorantami, kołami naukowymi i studentami.