„Po wykładzie” to cykl popularnonaukowych wywiadów z wykładowcami z Uniwersytetu Łódzkiego oraz rozmów z doktorantami, kołami naukowymi i studentami.
Pytamy o badania naukowe, aktualne wydarzenia na świecie oraz zjawiska socjologiczne i kulturowe.
Pokazujemy, że uniwersyteckie pasje potrafią zafascynować!

Od goździka do Manify

izabela-desperak

Katedra Socjologii Polityki i Moralności

Reporter: Marta Zdanowska
Zdjęcie: Maciej Andrzejewski

8 marca obchodzimy Międzynarodowy Dzień Kobiet, czyli pretekst do wręczenia symbolicznego tulipana, ale niewiele osób wie, jakie tragiczne wydarzenie upamiętnia ten dzień i skąd wzięło się święto kobiet?
Parada sufrażystek w Nowym Jorku w 1912 roku

Parada sufrażystek w Nowym Jorku w 1912 roku
Zdjęcie udostępnione w domenie publicznej; autor: Biblioteka Kongresu Stanów Zjednoczonych

Tulipany wręczam już na Walentynki, a co do 8 marca – coraz więcej osób wie, ale to nowa wiedza. Nawet wśród osób zaangażowanych w feministyczne, pracownicze czy anarchistyczne obchody tego święta, ta wiedza pojawiła się stosunkowo niedawno. Różne źródła wskazują różne początki. Wiadomo, że chodzi o pożar w fabryce, ale podawane są różne okoliczności i miejsca tego wydarzenia. Zaczęło się rzeczywiście od tragicznego pożaru w 1911 roku – spłonęło wtedy kilkadziesiąt kobiet w fabryce odzieżowej, w której zamknięte były wszystkie wejścia do budynku, odbyła się też manifestacja w obronie praw pracujących kobiet. Kiedy już nauczyłyśmy się tego, że 8 marca to nie tylko rajstopy i goździki, tak jak było to w PRL, to nadal wiedza o tym, co wydarzyło między pożarem w fabryce a czasami PRL nie jest wiedzą potoczną. Manify organizowane są tego dnia już od kilkunastu lat i pojawiła się pewna świadomość pochodzenia święta 8 marca, choć oczywiście ja patrzę na to w dość optymistyczny sposób.

Jest Pani jedną z tych naukowczyń, które na Uniwersytecie Łódzkim zajmują się socjologicznie tematyką dotyczącą kobiet w bardzo szerokim ujęciu – od aborcji, przez rolę społeczną kobiet i mężczyzn, perspektywę genderową i feministyczną, pracę kobiet, czy wizerunki medialne – ale nie tylko, bo ta naukowa teoria zazębia się z praktyką i przekłada się na działania społeczne. Od 12 lat jest Pani jedną z głównych organizatorek łódzkiej MANIFY, czyli przemarszu/ wystąpienia łodzianek w przestrzeni publicznej z okazji 8 marca. Po co organizowana jest MANIFA?

Jestem, a właściwie byłam współorganizatorką manify łódzkiej. O manifach można usłyszeć różne opowieści, chyba najstaranniejsza, poukładana dotyczy warszawskiej manify. Łódzka manifa przez 12 lat funkcjonowania również doczekała się swojej historii, opublikowanej w kilku miejscach. Niewiele osób wie, że w Łodzi zaczęło się nie od manify, tylko od kameralnych obchodów dotyczących walki z przemocą wobec kobiet. Co najciekawsze, nie ja to wymyśliłam, było to dzieło studentów socjologii i osób zaangażowanych w lokalny aktywizm, anarchistów, z których jedna osoba teraz pracuje w Instytucie Socjologii. Kiedy znalazłam się na tych obchodach, zrobiło mi się po prostu głupio, że to studenci organizują takie rzeczy, a nie my – wykładowcy, którzy powinni widzieć więcej. Od 2000 roku prowadzę na Uniwersytecie Łódzkim zajęcia z gender, mój doktorat dotyczył tej tematyki, a skoro studenci zapraszają na takie wydarzenie, to naturalnie trzeba się w takie działanie włączyć. Właściwie na całym świecie wyglądało to tak, że środowiska akademickie wychodziły z akademii na ulicę, aby pokazywać tę emanację równości. Kto inny miał to za nas zrobić? Całe „know how?”, czyli wyjaśnienie o co chodzi z równością, o co chodzi z gender, znajdowało się na uniwersytetach. Socjologowie i socjolożki byli pod tym względem rozwinięci, ale mieliśmy duże opóźnienie w tej dziedzinie, dopiero około 1993 roku socjolodzy zaczęli zauważać, że transformacja dotyka również wymiaru płciowego.

(…) w 1989 czy 1990 roku na seminarium o socjologii pracy nie było ani słowa o kobietach!

Do początku 2000 roku wiele na ten temat napisano, przedyskutowano, przyswojono i dość naturalne stało się wchodzenie z tą świadomością do aktywizmu ulicznego. Pierwsza manifa warszawska była protestem przeciwko wejściu policji do gabinetu ginekologicznego, czyli była jednoznacznym opowiedzeniem się przeciw gwałceniu praw reprodukcyjnych. Jednak wiele osób ze środowiska akademickiego włącza się do tych działań na inne sposoby, np. przez popularyzację wiedzy. Pracujemy na polach, które są bardzo często mało widoczne. A manifa to takie działanie, w ramach którego w przestrzeni publicznej widać to, co robimy. W ubiegłym roku manifa łódzka odbywała się pod hasłem „Rewolucje kobiet” i nawiązywała do historii Rewolucji 1905 roku w Łodzi. Prawa pracownicze i prawa reprodukcyjne były obecne na każdej łódzkiej manifie, kwestią bezdyskusyjną było też pojawianie się praw osób LBGT.

Od kilku lat dość popularny jest slogan „Łódź jest kobietą”, w ramach którego organizuje się festiwale i wydarzenia w przestrzeni miejskiej. Wskaźnik feminizacji w Łodzi jest najwyższy w kraju, na 100 mężczyzn przypada tu 120 kobiet, a samej Łodzi dominują kobiety powyżej 60 roku życia. Jakie konsekwencje, których nie dostrzega przeciętny łodzianin, może wyciągnąć z tego statystycznego opisu socjolożka?
Obchody 8 marca Międzynarodowego Dnia Kobiet w stolicy Bangladeszu - Dhace

Obchody 8 marca Międzynarodowego Dnia Kobiet w stolicy Bangladeszu – Dhace
Zdjęcie na licencji CC BY 2.5; autor: Soman

Zapewne wskaźnik feminizacji jest już wyższy, to pewnie 121 kobiet, bo ten wskaźnik rośnie bardzo szybko. Dla nas wszystkich, dla łodzian, to nie tylko statystyka, ale demografia, którą dokładniej zajmuje się Piotr Szukalski z Instytutu Socjologii. Bardzo złożona jest kwestia wpływu tej jednej cechy na resztę, wynikają z niej dalekosiężne i mniej dalekosiężne skutki, nie wiadomo na przykład czy ten proces jest w ogóle odwracalny.

Ale samo zjawisko nie dotyczy ostatnich lat, ono właściwie trwa od kilkudziesięciu lat. Łódź była kobietą dużo wcześniej, już PRL budował tożsamość Łodzi jako miasta pracujących kobiet, włókniarek, co było rodzajem propagandy i formą image’u. Natomiast poza feminizacją demograficzną mamy też wysoki wskaźnik aktywności zawodowej kobiet na tle innych miast. Nierównowaga demograficzna pogłębia się z wiekiem, kiedy kobiety są stare, zazwyczaj są też same, ponieważ mężczyźni już nie żyją. z drugiej strony mamy też tradycję niskich płac. Łódź od początku przemysłowej historii miasta była miejscem taniej pracy wykonywanej w dużej mierze rękami kobiet i dzieci, a praca kobiet sięgała 30% płacy męskiej w przemyśle włókienniczym. Można powiedzieć, że kobiety były rodzajem dzieci fabrycznych, płaciło im się mniej, mimo że wykonywały wyspecjalizowane czynności mniejszymi dłońmi.

(…) „równość”, to słowo nie budzi żadnych emocji. Problem pojawił się wtedy, kiedy zaczęliśmy używać słowa „gender” (…)

Miasto zostało więc zbudowane na tanich pracownikach – co po dzisiejszy dzień odbija się czkawką – i przemysł lekki, i włókienniczy zbudowano w podobny sposób. Ta kilkudziesięcioletnia historia sprawiała, że płace były niskie, a ludziom żyło się fatalnie. Pracownicy byli bardzo aktywni jeśli chodzi o protesty, strajkowali zarówno mężczyźni, jak i kobiety, i kiedy spojrzy się na regularność tych protestów, widać od razu, że były one determinowane fatalnymi warunkami w jakich ci ludzie pracowali i żyli.

Właściwie można powiedzieć, że tradycja przetrwała, bo po dziś dzień płace w Łodzi są bardzo niskie i dotyczy to głównie absolwentów, którym proponuje się niskopłatne prace i głodowe staże. z drugiej strony, warto pamiętać, że na przykład w 1903 roku w Łodzi odbył się strajk kobiet przeciw molestowaniu seksualnemu, kobiety wywiozły swojego majstra, który nie był kryształową postacią, na taczkach!

Z tak dużą liczbą kobiet jest też związane zjawisko feminizacji biedy?

Właściwie na skutek tego, że jestem z Łodzi, zostałam ekspertką od feminizacji biedy. Polska od 2004 roku jest zobowiązana do prowadzenia polityki Gender Mainstreaming, ale ponieważ było to hasło dość niezrozumiałe w Polsce, tytuł pierwszego raportu UNDP dotyczącego Polski brzmiał: „Polityka Równości Płci” (2007). Miał on strukturę narzuconą przez zamawiającego i dzięki temu po raz pierwszy w raporcie poświęconym kobietom pojawiło się ubóstwo, dotąd absolutnie pomijane. Warto przypomnieć, że do 1989 roku socjologom nie wolno było w Polsce badać biedy i ubóstwa, a kiedy przygotowywano ten raport w gronie ekspertek, bardzo trudno było znaleźć kogokolwiek, kto zajmuje się w takim kontekście biedą. I w ten sposób ja oraz Magdalena Rek-Woźniak znalazłyśmy się w raporcie jako ekspertki z Łodzi – rzeczywiście miałyśmy w mieście bardzo dużo materiału do opisania. Wkrótce potem w Wydawnictwie Uniwersytetu Łódzkiego wyszła książka Małgorzaty Potocznej i Wielisławy Warzywody-Kruszyńskiej „Kobiety z łódzkich enklaw biedy”. Można powiedzieć, że łódzki Instytut Socjologii jest dziś ośrodkiem o niemalże światowej renomie badań nad biedą.

Łódzki Szlak Kobiet przywraca pamięć o łodziankach

Nasz raport zbierał istniejące dane, analizował podejście i zawierał rekomendacje do przyszłych polityk, które miałyby być bardziej równościowe i służyć jako instrument dla rządzących. Pierwszy raport został przedrukowany przez Feminotekę [Fundację działająca na rzecz praw kobiet od 2005 roku – przyp. red.] i na Kongresie Kobiet, na scenie Sali Kongresowej wszystkie znamienite gościnie po raz pierwszy mówiły o tym, co w nim przeczytały na temat kobiet biednych. Ta platforma pozwoliła przyjrzeć się zjawisku z perspektywy dyskursu publicznego i medialnego.

Dziś można powiedzieć, że program 500+ jest do pewnego stopnia nawiązaniem do rekomendowanej przez nas Polityki Równości Płci, ponieważ jednym z czynników feminizacji biedy jest samotne macierzyństwo. Łódź ma nieco wyższy wskaźnik jednoosobowych gospodarstw domowych, które są w znacznie większym stopniu narażone na biedę – rodzice samodzielnie wychowujący dziecko nie są objęci w najmniejszym stopniu wsparciem. Wraz z Femtankiem, czyli feministycznym Think Tankiem zajmuję się też problematyką długu z perspektywy kobiecej i feminizacji biedy, ponieważ dług ma płeć. W Łodzi na ten temat rozmawialiśmy podczas Kongresu Kobiet z Moniką Płatek i była to sesja, która cieszyła się największym zainteresowaniem, co pokazuje, że tematyka biedy wreszcie zaczyna się przebijać do świadomości.

Poza tym, Instytut Socjologii stara się dość regularnie informować miasto o tym, co robi, włączać się w różnego rodzaju działania. Wraz z grupą manifową jesteśmy autorkami równościowego aneksu do „Strategii rozwoju miasta Łodzi”, sygnowanego przez Koalicję na Rzecz Równości w Łodzi, którego propozycje wręczyliśmy prezydent miasta, Hannie Zdanowskiej. Ta strategia zawiera m.in. sugestie, aby miasto opierało swoją politykę na kontakcie z ekspertami i zapraszało do współpracy ekspertów uniwersytetu czy politechniki, których wiedzę można spożytkować na poziomie lokalnym. Czasem miasto korzysta z tej pomocy eksperckiej, byłam na przykład zaproszona do współtworzenia Budżetu Obywatelskiego w Łodzi jako ekspertka z UŁ.

Nie tylko współczesne kobiety są ważne, ponieważ w obrębie przywracania pamięci o kobietach ważną rolę odgrywa też „herstoria”, czyli historia kobiet. Jest pani jedną z organizatorek „Łódzkiego Szlaku Kobiet”, czyli projektu przywracającego pamięć o łódzkich artystkach, społecznicach, naukowczyniach, ale również i o włókniarkach. Czym jest „Łódzki Szlak Kobiet” wytyczony przez „Kobiety znad Łódki”?
Emmeline Pankhurst (1913). Jedna z czołowych angielskich działaczek na rzecz praw kobiet i prawa do głosowania przed I wojną światową

Emmeline Pankhurst (1913). Jedna z czołowych angielskich działaczek na rzecz praw kobiet i prawa do głosowania przed I wojną światową
Zdjęcie udostępnione w domenie publicznej; autor: nieznany

Kolektyw „Kobiety znad Łódki” to grupa osób, nie tylko kobiet, które postanowiły budzącą się tożsamość miejską uzupełnić o tkankę herstoryczną, dotąd nieobecną. Łódź zrobiła niesamowitą pracę, jeśli chodzi o pamięć o przeszłości. Psycholożka prof. Maria Lewicka bada z perspektywy psychologicznej to, co dzieje się z tożsamościami zbiorowymi w różnych miastach, bada m.in. tożsamości etniczne. Na przykład miasto, które kiedyś było wielokulturowe, nie pamięta dziś o innych narodowościach, mieszkańcy Wrocławia wierzą, że zawsze byli Polakami, mieszkańcy Lwowa – Ukraińcami. Ze wszystkich miast, w których robiła badania tylko Łódź się różni, pomysł Łodzi czterech kultur i przypominania tego czasu wpływa na świadomość zbiorową łodzian i ją zmienia. Natomiast w tych opowieściach brakowało herstorii i było to widoczne choćby w symbolice – nie ma pomników łodzianek – jest pomnik Szpital Matki Polki i św. Faustyny. W centrum Łodzi – co policzyła skrupulatnie Ewa Kamińska-Bużałek – nie ma ani jednej ulicy, której patronką byłaby kobieta. Być może jest to też związane z systemem uczenia historii w szkole, nie uczono nigdy historii lokalnej, historii codzienności. Sama byłam w szkole „na prywatnej wojnie z historią”, ponieważ nie chciałam uczyć się o wojnach, zwłaszcza że na wojnach mało kobiet bywało. Ale jako nałogowa czytelniczka, czytałam głównie książki napisane przez kobiety, później zaczęłam czytać książki o kobietach, książki socjologiczne o kobietach i dotyczące płci, i nagle okazało się jak ważne jest tematyka zniknięcia, wyparcia kobiet z historii. Kiedy w 1995 roku zobaczyłam na półce księgarni książkę „Co to znaczy być kobietą w Polsce”, natychmiast ją kupiłam, a trzy miesiące później dostałam się na studia doktoranckie, więc była to dla mnie duża inspiracja.

W centrum Łodzi (…) nie ma ani jednej ulicy, której patronką byłaby kobieta

Historycznym spadkiem po takiej szkole, jest choćby to, że w Łodzi mieliśmy małą świadomość istnienia getta na Bałutach, natomiast mamy ulicę Bojowników Getta Warszawskiego. Nie urodziłam się w Łodzi, więc długo mieszając na Bałutach, nie miałam świadomości istnienia getta. W ten sam sposób brakowało kobiet w historii Łodzi, bo w szkole nikt nie uczył historii społecznej.

Łódzki Szlak Kobiet przywraca pamięć o łodziankach [np. o Katarzynie Kobro, Alinie Szapocznikow, Halinie Kłąb-Szwarc, Helenie Radlińskiej, Michalinie Wisłockiej, Zofii Hertz i  innych – przyp. red.], choć niekoniecznie są to słynne łodzianki. Szlak kobiet jest już zsieciowany, jest częścią grupy, która robi podobne projekty w innych miastach, natomiast słynne kobiety są potrzebne przede wszystkim po to, aby przyciągnąć i zainteresować szlakiem. Jestem z pokolenia, które wystawało „Sztukę Kochania” Michaliny Wisłockiej w kolejkach i namiętnie ją czytało, a nie wiedziałam ani tego, że była z Łodzi, ani że mieszkała blisko mnie. Moja biblioteka publiczna stoi w miejscu, w którym Wisłocka najprawdopodobniej się urodziła, ostatni adres łódzki Wisłockiej to ulica Lutomierska, obok której mieszkam, duża część jej wspomnień to ulica Wspólna, wokół której się wychowywałam. Szokiem było dla mnie to, że dużą część życia przeżyłam, nie wiedząc, że w tym samym miejscu mieszkała ważna dla mnie kobieta. Właśnie dlatego w ramach szlaku dzielimy się wiedzą herstoryczną. Łódzki Szlak Kobiet organizuje wystawy, prelekcje, spacery dla wszystkich zainteresowanych.

Czym w takim razie jest dla Pani feminizm i właściwie dlaczego ciągle wiele osób w Polsce ma z nim taki problem? Skąd się biorą te skrajne emocje?

Feminizm to dla mnie jeden z ważnych tematów, o których mówię w swoich wykładach dotyczących myśli feministycznej i aktywizmu. Jednak słowo feminizm w języku polskim pełni zupełnie inną funkcję niż w języku angielskim. W Polsce często traktuje się ten termin jak „brzydkie słowo na f” i wydaje mi się, że jest to już słowo nie do odzyskania dla polszczyzny, ponieważ jest całkowicie niezrozumiane, używane do stygmatyzowania i szufladkowania.

Łódź od początku przemysłowej historii miasta była miejscem taniej pracy wykonywanej w dużej mierze rękami kobiet i dzieci

Często słowo „feministka” traktuje się jak obelgę. Doświadczenie moich młodszych koleżanek, które wyjeżdżały na stypendia jest zupełnie inne. Wykładowczyni przedstawia się tam z dumą: „I am a feminist”. W Łodzi założycielka łódzkich gender studies również się tak przedstawiała, ale to działa tylko w języku angielskim, po polsku się nie sprawdza.

Ja spełniam wszystkie kryteria bycia feministką, ale spełnia je bardzo wiele osób. Bo feminizm to po pierwsze: świadomość, że istnieją różnice w sytuacji społecznej kobiet i mężczyzn, po drugie – konstatacja, że różnice te są niesprawiedliwe i po trzecie – poczucie, że należy coś z tym zrobić. Uznanie, że wszyscy ludzie rodzą się równi jest czymś, czego nie można negocjować, to po prostu stan rzeczy, który według mojego głębokiego przekonania, większość ludzi podziela. Nie wszyscy idą tak daleko, aby organizować manify czy na nie chodzić, natomiast wydaje mi się, że w życiu codziennym większość ludzi, którzy mają spełnioną pierwszą i drugą część tej definicji wykonuje bardzo wiele działań na rzecz zmiany, choć nie wrzuca się ich do worka pt. feminizm. Takie niewidoczne działania to choćby wszystkie projekty i prace dotyczące równości w związku.

MANIFA 2009 w Warszawie

MANIFA 2009 w Warszawie
Zdjęcie na licencji CC BY 2.0; autor: Radosław Cetra

Znam bardzo wielu ludzi, którzy takie działania praktykują, ale nie jest to taki typ zachowania, który tak jak manifę, moglibyśmy wstawić w ramki feminizmu i powiesić na ścianie. Innym działaniem jest wychowywanie swoich i cudzych dzieci. Są to zarówno rodzice, którzy starają się wychowywać swoje dzieci w taki sposób, aby uniknąć stereotypów płci i ograniczania przez płeć, jak i rzesza nauczycielek, które się tym zajmują w praktyce i przekazują pomysł, że ludzie rodzą się równi kolejnym pokoleniom swoich uczniów i uczennic w mało widocznej pracy nauczycielskiej na co dzień. My widzimy tylko crème de la crème, czyli uczestników projektu badawczego „Gender w podręcznikach”:   [http://gender-podreczniki.amu.edu.pl/efekty-projektu/ ], ale to przecież bardzo wiele innych nauczycielek, bibliotekarek, i ludzi, którzy po prostu nie zgadzają się na seksistowskie dowcipy, stygmatyzowanie itp.

Sama jestem rzeczniczką równości kobiet i mężczyzn z pewną dozą aktywizmu społecznego i kiedy używamy słowa „równość”, to słowo nie budzi żadnych emocji. Problem pojawił się wtedy, kiedy zaczęliśmy używać słowa „gender” i od samego początku zastanawialiśmy się, czy powinniśmy właśnie tym terminem się posługiwać. Nie wszyscy socjologowie go używają, psychologowie posługują się określeniem „rodzaj”, pedagogika też w dużej mierze używa słowa „rodzaj”. Ja jednak nie uciekam od tego słowa, choć budzi niechęć. Skoro istnieją gorsze etykietki to wyznaję zasadę, że czasem potrzebne są osoby, którym przypina się te etykietki, a po to, by zasłużyć na taką etykietkę, nie trzeba wcale chodzić na manify.

(…) manifa to takie działanie, w ramach którego w przestrzeni publicznej widać to, co robimy.

Z drugiej strony, jako osoby, które zajmują się płcią społeczno-kulturową musiałyśmy nadrobić przepaść i nadrabiałyśmy ją w języku angielskim. A angielska opowieść o feminizmie to opowieść o trzech falach feminizmu, które rozwijały się w konkretny sposób i jest to jednak opowieść zachodniocentryczna. Polska i generalnie blok wschodni to taki region, w którym feminizm drugiej fali nie nastąpił w ogóle. Niektóre koleżanki np. Agnieszka Graff z Barbarą Limanowską kłócą się na łamach feministycznej „Zadry” [feministyczny kwartalnik wydawany od 1999 roku w Krakowie przez fundację eFKA – przyp. red.], która ma 1200 prenumeratorek o to, czy tak naprawdę feminizm istniał czy nie istniał w PRL, ale niezależnie od tego, perspektywa polska to zupełnie inne znaczenia i punkt odniesienia.

Propaganda PRL nigdy nie używała słowa „feminizm”, ale już „emancypacja” oraz „równość kobiet i mężczyzn” jak najbardziej. Feminizm zresztą w ogóle nie jest kojarzony chyba z konkretnymi działaniami, ale raczej z osobami i to też jakoś wpływa na jego odbiór.

Niedługo w Wydawnictwie Uniwersytetu Łódzkiego ukaże się dotycząca kobiet książka pod Pani redakcją. Czego dotyczy ta publikacja?

Jest to książka pod redakcją moją i dr Ingi Kuźmy, co muszę podkreślić, zwłaszcza że w ruchu feministycznym czy działaniach równościowych wiele rzeczy robi się wspólnotowo i zawsze podkreśla się, że było to robione razem, stawiamy na antyliderstwo i siostrzeństwo. Jest to nie tylko wspólne dzieło, ale przede wszystkim pomysł Ingi.

Całe „know how?”, czyli wyjaśnienie o co chodzi z równością, o co chodzi z gender, znajdowało się na uniwersytetach.

To dwa tomy monografii zatytułowanej „Niepokorne”. Książka jest plonem konferencji, która odbywała się pod hasłem „Niepokorne”, a na samo hasło konferencji napłynęło ponad 200 zgłoszeń, z których do druku wybrałyśmy tylko najważniejsze teksty, co pokazuje jakim powodzeniem cieszy się ten temat. Natomiast na hasło kobiet „Żyjących pod prąd” i niezgadzających się na zastaną rzeczywistość społeczną i zmieniających tę rzeczywistość odezwały się kobiety z tak różnych dziedzin i napisały tak różne teksty, że monografia mogłaby liczyć kilka tomów.

Pierwszy tom będzie dotyczył zagadnień współczesnych, natomiast drugi tom będzie obejmować wszystkie kwestie historyczne, herstorię dotyczącą czasu przed II Wojną Światową. [W publikacji „Niepokorne”, która ukaże się nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Łódzkiego i będzie podzielona na obszary tematyczne: „Aktywistki”, „Idee”, „Kobieta – aktywistka życia codziennego”, „Sztuka” – będzie można przeczytać m.in. o historii łodzianek internowanych podczas stanu wojennego, polskich emigrantkach z lat.20, które nie chciały „stać przy garach” i mieszały się do polityki, walce z seksualnym niewolnictwem w Indiach, niepokornych reżyserkach w kinie polskim, kobietach w kinie arabskim w filmach reżyserki Nadine Labaki czy liderkach polskich teatrów więziennych. – przyp. red.]

Czy wiele zmieniło się w postrzeganiu równości płci od czasów pani studiów?
Irena Krzywicka – pisarka, jedna z pierwszych polskich feministek, propagatorka świadomego macierzyństwa

Irena Krzywicka – pisarka, jedna z pierwszych polskich feministek, propagatorka świadomego macierzyństwa
Zdjęcie udostępnione w domenie publicznej; autor: nieznany

W Instytucie Socjologii uczę od lat 90., po zrobieniu doktoratu rozpoczęłam cykl zajęć poświęconych gender. Najpierw były to „Role kobiet i mężczyzn w reklamie i na rynku pracy”. Moje zajęcia teraz nazywają nazywają się „Płeć, seksualność, polityka”, a w międzyczasie nosiły też nazwę „Od Platona do Judith Butler”, choć wtedy zapisywało się na nie najmniej studentów. Te zajęcia są wpisane w szerszy problem edukacji, w wypadku zwykłych zajęć kwestie płci mogą zajmować jeden wykład na piętnaście, czyli kiedy prowadzę zajęcia o socjologii polityki na tematykę gender przypada jeden wykład. Wynika to z hierarchii przedmiotu, organizacji toku studiów i dydaktyki. Natomiast w tym wypadku jest to mój autorski przedmiot, na którym ta sama problematyka postawiona jest na pierwszym miejscu – zastanawiamy się nad tym, jak definiujemy kobiecość i męskość. Minęło już sporo czasu, mamy rok 2016, studentki i studenci bardzo chętnie się na ten przedmiot zapisują, w początkach zajęć zawiązała się grupa manifowa, studenci, którzy ukończyli moje zajęcia piszą teraz często doktoraty i inne mądre teksty na ten temat, które są cytowane w innych publikacjach, także przeze mnie. W międzyczasie na wydziale powstał cały zakład, który zajmuje się problematyką gender, to już teraz kilkanaście osób, które zajmują się tą kwestią.
Kiedy studiowałam na Wydziale Socjologii niczego takiego nie było. Siedzimy teraz [w trakcie wywiadu – przyp. red.] obok gabinetu byłej dziekan, dyrektorki Instytutu Socjologii, profesor Jolanty Kulpińskiej, która była socjologiem pracy. Ja również jestem socjolożką pracy i do niej właśnie chodziłam na V roku studiów na seminarium z socjologii pracy i późnej półżartobliwie wyrzucałam jej, jak to było możliwe, że w 1989 czy 1990 roku na seminarium o socjologii pracy nie było ani słowa o kobietach! Wszystko co się wydarzyło od tego czasu, pokazuje szybką zmianę jakościową, która nastąpiła, jeśli chodzi o problematykę płci. Dziś gender stanowi kanon nauczania na socjologii.

To naprawdę fajna sprawa, że mamy takie zajęcia! Mnóstwo studentów na nie przychodzi i uważają to zagadnienie za bardzo ciekawe. Dla mnie to też element przygody, bo wielu studentów, którzy wybierają moje zajęcia to studenci zagraniczni. Teraz mam na zajęciach studentów z Kazachstanu, więc wymusza to na mnie poszerzanie swojej wiedzy o tematykę Azji i odejście od europejsko-amerykańskiego centrum. Przyznam, że w tym momencie jestem już w stanie rzucać datami z historii praw reprodukcyjnych w Portugalii, cytować po rosyjsku Aleksandrę Kołłątaj [pierwsza na świecie kobieta, która pełniła funkcję ministra i ambasadora – przyp. red.], a teraz – jak się okazuje – przychodzi czas na Kazachstan. To bardzo rozwijające zajęcia.

10 kwietnia 2016 roku (niedziela) o godz. 11:00 w Oddziale Kultur i Tradycji Wyznaniowych Muzeum Miasta Łodzi przy placu Wolności 2 odbędzie się prelekcja pt. „Szlak kobiet, czyli opowieści o łódzkich emancypantkach”, którą poprowadzi dr Izabela Desperak z Katedry Socjologii Polityki i Moralności, Instytutu Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego.
Wstęp wolny dla wszystkich zainteresowanych.

Następny Post

Poprzedni Post

© 2017 Po Wykładzie

Uniwersytet Łódzki

„Po wykładzie” to cykl popularnonaukowych wywiadów z wykładowcami z Uniwersytetu Łódzkiego oraz rozmów z doktorantami, kołami naukowymi i studentami.