„Po wykładzie” to cykl popularnonaukowych wywiadów z wykładowcami z Uniwersytetu Łódzkiego oraz rozmów z doktorantami, kołami naukowymi i studentami.
Pytamy o badania naukowe, aktualne wydarzenia na świecie oraz zjawiska socjologiczne i kulturowe.
Pokazujemy, że uniwersyteckie pasje potrafią zafascynować!

21 lutego – Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego

barbara-kudra

Katedra Współczesnego Języka Polskiego

WF

Reporter: Kinga Snopkowska
Zdjęcie: Maciej Andrzejewski

Czym różni się przekleństwo od wulgaryzmu?

W języku potocznym tych dwóch określeń nie odróżnia się, używa się ich synonimicznie, jednak językoznawcy rozróżniają te dwa terminy. Przekleństwa, jak podaje prof. Maciej Grochowski w Słowniku polskich przekleństw i wulgaryzmów, nie pełnią funkcji informacyjnej, nie mają znaczenia, są znakami emocji najczęściej negatywnych, choć należy pamiętać, że mogą wyrażać również emocje pozytywne: zachwyt, podziw, euforię. Faktem jest jednak, że zazwyczaj przekleństwami posługujemy się, kiedy chcemy wyrazić uczucia negatywne: wściekłość, złość, ból. Granica pomiędzy przekleństwami a wulgaryzmami jest jednak płynna. Nie brakuje w języku polskim wyrażeń, które są zależnie od kontekstu wulgaryzmami i przekleństwami (por. Ale, k…, mnie boli! Ta k… mieszka tu, pod piątym.), ale także przekleństw, które wulgaryzmami nie są: Do diabła! A niech cię diabli! Co ciekawe, ostatnie przytoczone przykłady pełniły tzw. funkcję magiczną, miały zaklinać rzeczywistość, jak np. w Mistrzu i Małgorzacie M. Bułhakowa – wypowiedzenie słów a niech mnie diabli porwą powodowało natychmiastowe zniknięcie, porwanie bohatera. Wulgaryzmy mają zaś funkcję informacyjną, nazywają one bowiem objęte zakazem (społecznym, obyczajowym) czynności fizjologiczne, czyli trawienie, wydalanie, seks, a także związane z nimi części ciała. Mają one zawsze silny, ujemny ładunek emocjonalny. Wulgaryzmy tworzymy m.in. przez wykorzystywanie neutralnych znaczeniowo słów, np. dmuchać, które poprzez przeniesienie ich do kontekstu odnoszącego się do sfery seksualnej nabierają zupełnie innego, wulgarnego znaczenia. Używając wulgaryzmów nawiązujących do tych sfer, łamiemy tabu językowe.

Po co przeklinamy?

Przeklinamy głównie po to, aby rozładować złe emocje. Przeklinając, podobno zmniejszamy, np. ból, jaki odczuwamy na skutek różnych zranień, których doświadczamy. Można by więc tu mówić o swoistej funkcji terapeutycznej przekleństw.

To naganne zjawisko szerzenia się zdrobnień, także w ustach dziennikarzy i ekspertów występujących w telewizji (np. pieniążki, kalendarzyk, rubryczka), jest dowodem na infantylizację języka.

Nadmierne, niekontrolowane, pozaświadomościowe przeklinanie może świadczyć także o psychicznej jednostce chorobowej o nazwie koprolalia – objawiającej się nieustanną potrzebą przeklinania, które daje poczucie ulgi. Osoby chore nie są w stanie pohamować potoku przekleństw.

Najczęściej jednak służą prymitywnemu wyrażaniu silnych negatywnych emocji, nad którymi nie możemy zapanować, są przerywnikami dla wyrażenia gniewu, złości. Można też zauważyć, że są używane jako słowa-wypełniacze w wypowiedzi, zwłaszcza gdy mamy ubogi zasób słownictwa.

Czy stosowanie angielskich przekleństw jak np. fuck, shit, brzmi mniej dobitnie od ich polskich odpowiedników?

Pewnie tak, zwłaszcza dla tych, którzy nie znają języków obcych. Często w liście dialogowej w filmie wulgarne angielskie słowa tłumaczone są mniej dosadnie, np. fuck you jako odczep się, jest więc to mylące dla osób, które na podstawie takich tłumaczeń sądzą, że dane angielskie słowo znaczy odczep się zamiast wulgaryzmu odp… się. Z języka niemieckiego pochodzi słowo szajs (= gówno), którego używamy na oznaczenie czegoś bezwartościowego, byle jakiego. Z języka rosyjskiego mamy wyraz bladź, oznaczający kobietę lekkich obyczajów. Także w języku polskim mamy wyrazy, które niegdyś były słowami nacechowanymi wulgarnością, obelżywymi, a dzisiaj nimi nie są, np. kiepski od kiep (w staropolszczyźnie oznaczający żeński narząd płciowy lub też męskie przyrodzenie); kobieta w staropolszczyźnie to określenie pogardliwe, czasem obelżywe, kojarzone etymologicznie z kob’em (= chlewem), z kolei dziewka/dziwka odwrotnie: kiedyś oznaczała dziewczynę, dziś dziwka to ‘kobieta lekkich obyczajów’.

Czy język ulega modzie? Modzie na zdrobnienia typu szkolonko, spotkanko czy też, wtrącenia językowe typu generalnie, na przykład, że tak powiem, jakby, wiesz co…, przytakiwania kończące zdania typu prawda? Czy w przypadku takich słów jest jakiś hit, który w języku potocznym bije w ostatnim czasie rekordy popularności?

Jeśli mówimy o hitach językowych, choć samo słowo hit to nie najfortunniejsze z poprawnościowego punktu widzenia określenie, to za takie słowo można uznać powtarzające się także w wypowiedziach publicznych dokładnie zaczerpnięte z języka angielskiego. W zasadzie można by tu mówić o słowach czy wyrażeniach, które upowszechniane są przez media, a wypowiadane przez polityków, dziennikarzy. W internecie na przykład ogłaszane są konkursy na słowo roku, w 2013 roku było nim gender, w 2014 była to kilometrówka, w 2015 uchodźca, oznaczające teraz niechcianego przybysza, pozostałymi nieco mniej popularnymi wyrazami w roku ubiegłym były: JOW, frankowicz, trybunał.

Słowem-wtrętem, którego osobiście bardzo nie lubię, jest słowo jakby, które przewija się w bardzo różnych kontekstach i o tyle jest to słowo niewłaściwe, że często wprowadza nas w błąd. Na przykład, jeśli porównany ze sobą zdania: To jest zdrada i To jest jakby zdrada, to widzimy, że w drugim przypadku słowo jakby zaprzecza słowu zdrada. Jest to więc słowo wnoszące zaprzeczenie sensu wyrazu, z którym się łączy. Co do innych, wymienionych przez Panią słów, będących zbędnymi wtrąceniami (generalnie, że tak powiem, prawda?), można powiedzieć, że trudno jest się ich wyzbyć w spontanicznej, potocznej mowie, choć niewątpliwie drażnią one w wypowiedziach publicznych. Ostatnio zamiast że tak powiem, słyszy się powtarzane wielokrotnie powiem tak.

Co do zdrobnień, to szerzą się one nieznośnie i upowszechniają się w komunikacji półoficjalnej i oficjalnej. Kontrolerzy biletów mówią o bilecikach do kontroli, w laboratorium jesteśmy poproszeni o moczyk, a potem otrzymujemy wyniczki.

W internecie na przykład ogłaszane są konkursy na słowo roku, w 2013 roku było nim gender, w 2014 była to kilometrówka, w 2015 uchodźca, oznaczające teraz niechcianego przybysza, pozostałymi nieco mniej popularnymi wyrazami w roku ubiegłym były: JOW, frankowicz, trybunał.

To naganne zjawisko szerzenia się zdrobnień, także w ustach dziennikarzy i ekspertów występujących w telewizji (np. pieniążki, kalendarzyk, rubryczka), jest dowodem na infantylizację języka. Nadużywanie zdrobnień wpływa ponadto na tworzenie nadmiernie rozbudowanych komunikatów, czyli niepotrzebnie wydłuża całą wypowiedź, ponieważ zdrobnienia są dłuższymi wyrazami niż ich formy podstawowe. Teksty polskie i tak są dłuższe, np. w porównaniu z angielskimi, co jednak nie przekłada się na ich większą zawartość treściową.

Czy zamierzone przekleństwo jest mniej rażące niż przekleństwa wypowiadane bezmyślnie?

Coś w tym jest. Najbardziej rażą bezwiednie wypowiadane przekleństwa, bezwiednie w takim sensie, że towarzyszy temu brak wyczucia językowego, brak wrażliwości na estetykę wypowiedzi, gdyż mówiący nie zna innego sposobu wysłowienia. Może to być związane ze złymi zwyczajami językowymi, wyniesionymi z domu, ze środowiska, w którym się wyrosło. Zjawisko bezmyślnego, bezrefleksyjnego używania przekleństw jest zdecydowanie bardziej naganne niż ma to miejsce w sytuacji, kiedy przekleństwo służy rozładowaniu emocji. Jednakże od osoby pozbawionej wrażliwości na formę wypowiedzi trudno jest oczekiwać, by zmieniła złe zachowania językowe i ograniczyła użycie „brzydkich wyrazów”.

Czym zastąpić przekleństwa?

Są wyrazy, zwane eufemizmami, które w łagodniejszej formie pozwalają nam wyrazić to samo, np. kurcze, kuźwa, kurna, wkurzać, wkurzające, ale i tak są one kojarzone i ściśle powiązane z jednym konkretnym wyjściowym wulgaryzmem. Tak też jest z używanymi, nawet w kontakcie oficjalnym, publicznym, wulgaryzmami zajebisty, zajebiście, które uzyskały swoje eufemistyczne odpowiedniki – zajefajny, zajefajnie, zarąbisty, zarąbiście. Mimo to nadal są nacechowane wulgarnością, choć stosowanie ich publicznie, np. przez celebrytów, może wprowadzić w błąd odbiorcę, który wyciąga wniosek, że są słowami jak każde inne, zwłaszcza że wyrażają one całkiem pozytywne emocje: zachwyt, podziw, radość itp. Zarówno wulgaryzmy jak i przekleństwa są wyrazami brzydkimi, które nie tyle są błędami językowymi, ile naruszają poczucie estetyki i etyki wypowiedzi, mogą pobudzać agresję u odbiorcy, bo zwykle wyrażają agresywny, pogardliwy stosunek do ludzi i do świata. Używane publicznie są też tanim chwytem służącym szokowaniu otoczenia przez naruszenie obyczajowego tabu. Współcześnie jednak panuje „moda na luz”, ostentacyjna zaś wulgarność jest też, niestety, jej wynikiem.

21 lutego w godz. 10:00-19:00 w Manufakturze (ul. Drewnowska 58) odbędzie się Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego. Z tej okazji zaplanowano cykl wydarzeń kształtujących świadomość językową oraz upowszechniających czytelnictwo literatury polskiej. W programie przewidziano quizy i konkursy językowe. Każdy łodzianin będzie mógł skorzystać z fachowej porady i rozwiać wątpliwości językowe w ramach „godzin eksperckich” (16:00-19:00). Serdecznie zapraszamy!

 

 

Następny Post

Poprzedni Post

© 2017 Po Wykładzie

Uniwersytet Łódzki

„Po wykładzie” to cykl popularnonaukowych wywiadów z wykładowcami z Uniwersytetu Łódzkiego oraz rozmów z doktorantami, kołami naukowymi i studentami.